piątek, 5 kwietnia 2013


Józef Kalasanty Szaniawski - był umysłowością niepospolitą. Jednym z największych erudytów swoich czasów. I wśród ludzi myśli w historii Polski jedną z największych zagadek. Zagadka polega na tym, że nie ma prawie współczesnego mu nurtu myśli filozoficznej, społecznej i politycznej, o który by się co najmniej nie otarł, a w większości z nich pozostawił trwały ślad.
Józef Kalasanty Szaniawski to postać budząca głębokie kontrowersje obejmujące zarówno jego postawę polityczną, jak i charakter uprawianej refleksji. Ten jeden z pierwszych polskich konserwatystów z jednej strony został surowo ocenionym przez potomnych, z drugiej strony został dość szybko zapomniany przez historiografię. Jego myśl ewoluował od filozofii idealistycznej, szukając punktu wyjścia u Kanta, na pozycję antykantowską. Będąc blisko filozofii niemieckiej Fichtego, Schellinga, był jednocześnie entuzjastą francuskiej myśli filozoficznej, przepojonej duchem katolicyzmu. Dostrzegał potrzebę uzupełnienia spekulacji rozumowych duchem chrystianizmu. W ostatnim okresie swojej twórczości starał się połączyć pierwiastki rozumowe z uczuciowymi, wysuwając na pierwszy plan zagadnienia etyczne i religijne. Szaniawski przeszedł w swojej twórczości długą drogę - od poglądu traktującego rozum człowieka jako źródło najpewniejszej wiedzy aż do przekonania, że o ile poznanie rozumowe jest pewne, o tyle zasady moralne wymagają gwarancji w religii zgodnej z rozumem, czyli w chrześcijaństwie.
Szaniawski jako pierwszy podjął próbę znalezienia odpowiedzi na większość pytań nurtujących polskich konserwatystów w kolejnych latach niewoli. Ten doktryner wyostrzył w polskiej myśli konserwatywnej koncepcję ułomności natury ludzkiej i niemożności stworzenia społeczności doskonałej. Zasygnalizował znaczenie tradycji dla życia narodowego i rozumu traktowanego jako narzędzie poznania podlegające ograniczeniu w religii i moralności, a u jego następców także w tradycji, autorytecie i kulturze. Paradoksalnie, choć był ojcem polskiego konserwatyzmu, nikt z późniejszych konserwatystów się do niego nie przyznawał, a jego spuścizna naukowa pozostawała niewykorzystana. To dzięki Szaniawskiemu wykształciło się charakterystyczne podejście do wszystkich zagadnień problemowych, polegające na trzeźwej i zawsze krytycznej ocenie polskich wysiłków duchowych i zdolności politycznych, a także spekulatywna rekonstrukcja polskości zgodnej z wartościami uniwersalnymi. Kolejny propagowany przez niego postulat zamykał się w formule „to, co możliwe”. I choć, pod tym postulatem mogliby się podpisać wszyscy zwolennicy pracy organicznej, ale sens ideologiczny uzyskiwał on tylko w myśli konserwatywnej. Oznaczał akceptację zasadniczych elementów rzeczywistości, ale zakładał też częściowe zmiany, pożądane i skuteczne w miarę możliwości.
Niniejszy wybór jest prezentacją w szerokim zakresie pism filozoficznych i polityczno-społecznych Józefa Kalasantego Szaniawskiego. Najważniejszym celem tej publikacji jest przekazanie jego spuścizny pisarskiej, która dotąd pozostawała w trudno dostępnych dziewiętnastowiecznych wydaniach lub fragmentarycznie publikowanych rękopisach. Spuścizna po Szaniawskim jest rozproszona w różnych archiwach i bibliotekach polskich. Między innymi w bibliotece Czartoryskich, w Bibliotece Ojców Jezuitów w Krakowie, Bibliotece im. Zielińskich w Płocku, czy w Archiwum Głównym Akt Dawnych.
Na wybór składa się 19 tekstów. Siedem z nich ma charakter filozoficzny i została w większości wydana w latach 1800-1810, w okresie rozkwitu intelektualnego Szaniawskiego. Na drugą część wyboru składa się 12 tekstów o tematyce społeczno- politycznej. Duża część z nich to rękopisy znajdujące się zbiorach Biblioteki im. Zielińskich w Płocku, które w niewielkiej części zostały do tej pory opublikowane.
  


środa, 10 listopada 2010

KILKA MYŚLI NA TEMAT MORALNOŚCI W POLITYCE

Utopizm, marzycielstwo, idealizm to pewien stan ducha, gdy tymczasem realizm polityczny – to pewien stan umysłu. Czy można być równocześnie utopistą i realistą? Być zarazem realistą w działaniu i romantykiem w myśleniu? Odczuwać sercem, a poznawać i interpretować świat rozumem? Na ile są to postawy odrębne, występujące w stanie czystym, a na ile dające się pogodzić? Czy nie jest tak, że choćby wprowadzanie rozmaitych pierwiastków i motywów romantycznych do polityki nie nakazuje czasami sam realizm?
Upraszając nieco można powiedzieć, że nowożytny realizm polityczny oznacza postawę dostosowania się do wytworzonej rzeczywistości, niezależnie od źródeł jej powstania oraz jej treści. Korzenie tak rozumianego realizmu politycznego wywodzą się od Machiavellego, który w kwestii zasadniczej zakładał bezwzględną nadrzędność celu politycznego nad regułami postępowania, usankcjonowanego zasadami moralności, a w niektórych przypadkach także zasadami prawa. Pomijając w tym miejscu szczegółowe rozważania na temat filozofii Machiavellego należy podkreślić, że według autora Księcia podstawowym obowiązkiem posiadacza władzy jest obrona interesów wspólnoty i jej bezpieczeństwa. Tak więc nie każdy cel może być realizowany za pomocą pozaetycznych środków lecz tylko taki, który służy wspólnocie. Pisząc o odpowiedzialności władcy Machiavelli podkreślał, że władca nie jest odpowiedzialny ani przed moralnością swojej epoki, ani przed moralnością swojej wspólnoty; ponosi odpowiedzialność nieskończenie większą, odpowiedzialność za moralność swojego narodu, moralność swojej epoki. Machiavelli nie chciał całkowitego uniezależnienia polityki od moralności. Dokonał natomiast zamiany usytuowania polityki wobec moralności, co uchyliło furtkę jego następcom, którzy zinstrumentalizowali zasady moralne na użytek dowolnych celów politycznych, co uczynił chociażby Carl Schmitt, który budował swoją koncepcję koncentrując się na pozaetycznych czynnikach funkcjonowania polityki.
Utopią zaś zwykło się w potocznym języku określać pobożne, aczkolwiek całkowicie nierealistyczne życzenia odnoszące się do ludzkich społeczności. Utopizm jest zazwyczaj kojarzony z zupełnie bezpłodnym marzycielstwem. Utopizm to pewien system wartości ideowych, moralnych, politycznych i filozoficznych, które przyćmiewają wzrok. Wartości niejednoznacznych, niejednokrotnie niewytłumaczalnych, raczej przeżywanych emocjonalnie niż racjonalnie uświadamianych. Poglądów nie poddających się krytycznemu rozbiorowi, nie opartych na rzeczowej kalkulacji, mających charakter intuicyjny i bezrefleksyjny, co wcale nie musi oznaczać, że polityka w ten sposób uprawiana będzie z góry skazana na porażkę. Utopista wybiera wprost idee ze świata wartości, nie zważając na okoliczności i możliwości ich realizacji. Wierzy w to, że jednostka może zmienić świat i uczynić go lepszym. Że jest w stanie przeciwstawić się determinacji historii. Czasami jest to bardzo niebezpieczny sposób myślenia bowiem należy pamiętać, że niedoskonałość naszych urządzeń nie jest groźna, groźne jest bezwzględne dążenie do ideału, które łatwo wiedzie do jego zaprzeczenia. Przy czym niemożność osiągnięcia ideału nie dyskwalifikuje samych starań o zbliżenie się do niego.
Myśl realistyczna z założenia pragmatycznie dostosowuje się do istniejącej rzeczywistości i w tym sensie jest prawdziwa i jednocześnie skuteczna, natomiast myśl utopijna ma zupełnie inne ambicje. Stara się przewidzieć przyszłość w sposób modelowy, koncentrując się na sensownym ukazywaniu przewidywalnej subiektywnej rzeczywistości.
Spór między utopizmem a realizmem istnieje, że tak powiem, od zawsze. Do dnia dzisiejszego te dwa sposoby uprawiania polityki konkurują ze sobą. Spór między utopizmem a realizmem jest równoznaczny ze sporem między zasadami a skutecznością czy między moralnością a amoralnością. Jest to spór między dwoma typami moralności politycznej. Pierwszy model opiera się na abstrakcyjnie sformułowanych uniwersalnych zasadach moralnych, drugi zaś odnosi te zasady do moralnych wymagań konkretnego politycznego działania, a ich wartość ocenia z punktu widzenia roztropnego osądu politycznych konsekwencji, do jakich te działania mogą doprowadzić.
Nadal nie porzucono nadziei na okiełznanie władzy i umoralnienie polityki. We współczesnych demokracjach zaostrzeniu uległy rygory przestrzegania obowiązujących norm moralnych. Przywódca ma być wzorem moralnym dla obywateli, a jego życie prywatne jest bacznie obserwowane z tego punktu widzenia. Tak więc ocenę moralną wystawia się politykom dzisiaj nie tylko za podejmowanie wielkich decyzji, ale także za to, jak postępują w rozmaitych sytuacjach życiowych, w tym także w życiu prywatnym.
Zdaję sobie sprawę, że moralność w polityce, czyli urzeczywistnianie wartości w życiu zbiorowym jest rzeczą bardziej skomplikowaną niż zbawienie własnej duszy. Niemniej nie niemożliwą, bowiem jak słusznie zauważa Paweł Skibiński mówienie o nierealistyczności moralności w polityce jest po pierwsze nieodpowiedzialne, a pod drugie jest nieuprawnionym intelektualnym uproszczeniem. Takie rozumowanie opiera się bowiem na nie dającym się racjonalnie dowieść założeniu, że nie istnieje obiektywny porządek moralny, także że nie istnieje w związku z tym jakakolwiek nadprzyrodzona warstwa rzeczywistości, albo przynajmniej jest ona całkowicie niepoznawalna. Każda polityka zakłada normy moralne i jest wyrazem określonych wartości. Ponadto każda polityka realizuje i ocenia fakty, tworzy wizje lepszego świat i przygotowuje środki jej realizacji. Dlatego żadne państwo nie może być neutralne moralnie i nie może unikać rozstrzygnięć moralnych ani od nich odwracać się a tym bardziej spychać do sfery prywatnej.
Moralność w polityce jest nie tylko kwestią reguł rywalizacji o władzę, lecz także treścią polityki. Przy czym należy pamiętać, że umoralnienie polityki nie może polegać na zaprzęgnięciu polityki do pracy na rzecz moralności, na użyciu władzy w celach szerzenia moralności, lub na powierzeniu jej ludziom o szczególnych moralnych kwalifikacjach. Istotą polityki jest podejmowanie działań zorientowanych na realizację dobra wspólnego. Przy czym proces ten bardzo często odbywa się w sytuacjach konfliktowych, co zmusza do poszukiwania nie tyle prawdy co consensusu. Ponadto poszukiwanie wspólnego punktu widzenia niejednokrotnie uwikłane jest w proces wartościowania moralnego, co często utrudnia osiągnięcie porozumienia, a co gorsza coraz częściej bywa wykorzystywane jako narzędzie walki politycznej. Narzucanie norm moralnych środkami politycznymi nie tylko narusza inną wartość jaką jest wolność, ale trzeba także pamiętać, że już nie raz tego typu próby zakończyły się moralną kompromitacją. Dzieje się tak bowiem moralność dąży do doskonałości, zaś prawo, którym posługuje się państwo, zadawala się spełnieniem moralnego minimum. Zadaniem ustanawianych praw jest wyznaczanie zewnętrznych granic wolności a nie wewnętrznych nakazów powinności, jak to jest w przypadku moralności. Ale również moralność w politycznym zastosowaniu bywa bardzo niebezpieczna. Może stanowić polityczną siłę występującą przeciw władzy. Dzisiaj walka polityczna toczy się niejednokrotnie przy użyciu moralności, bowiem jest ona jedną z najbardziej efektywnych broni w tej walce mogącą przyczynić się do politycznego zwycięstwa. Przy czym należy pamiętać, że moralność jest często zaledwie zasłoną dymną, za którą są realizowane interesy polityków będące niejednokrotnie w sprzeczności z polityczną i ekonomiczną racjonalnością. Przenikanie nadmiaru moralności w sferę polityczną oznacza niejednokrotnie obniżenie efektywności, czy wręcz zakłócenie jej logiki.
W potocznym myśleniu o polityce dominuje przekonanie, że jest ona amoralna. Warto w tym miejscu postawić pytanie - czy tak musi być? Kwestie etyki należy rozpatrywać zarówno ze strony moralnej odpowiedzialności polityków za efekty ich działania, jak i przestrzegania przez nich podstawowych norm etycznych, które społeczeństwo na danym etapie rozwoju uznaje za obowiązujące. Od Maxa Webera pochodzi rozróżnienie pojęciowe etycznego wymiaru polityki na etykę odpowiedzialności i etykę przekonań. Pierwsza z nich obowiązuje każdego, kto ponosi odpowiedzialność za innych, w tym zwłaszcza polityków. Druga jest głosem naszego wewnętrznego sumienia i odnosi się do norm, które uznajemy za podstawę rozróżniania dobra od zła. To rozróżnienie silnie się zakorzeniło w myśleniu o polityce, zwłaszcza u zwolenników realizmu politycznego, uważających za swój nie tylko polityczny, ale i etyczny obowiązek postępowania tak, by ich działanie służyło dobru społeczności, za którą ponoszą odpowiedzialność. Polityk bowiem jak słusznie zauważa Andrzej Walicki nie może kierować się wyłącznie bezwzględnymi zasadami moralnymi, musi reprezentować etykę odpowiedzialności, biorąc pod uwagę przewidywalne konsekwencje swoich działań dla zbiorowości, a więc także dla ludzi nie godzących się na to, aby podporządkować wszystko obronie zasad. Nieskazitelna czystość moralna może się wydawać niezbędna z punktu widzenia np. narodowej idei, ale dla realnych, empirycznie istniejących członków wspólnoty narodowej lepszy bywa kompromis. Bowiem tam gdzie w grę wchodzi życie ludzkie i dobro drugiego człowieka, nie można koncentrować się wyłącznie na czystości pryncypiów. Takie stanowisko broń Boże nie prowadzi do rezygnacji z oceniania decyzji przywódców w kategoriach etycznych, do usprawiedliwiania wszystkiego powoływaniem się na rację stanu. Etyka odpowiedzialności nie jest zaprzeczeniem nakazu domagającego się przestrzegania moralności w polityce, lecz pozwala rozumieć złożony charakter tego nakazu.
Max Weber świadom niebezpieczeństw wynikających z podejmowania przez rządzących decyzji politycznych w sytuacjach konfliktowych starał się wskazać cechy polityka, które będą mu pomocne w sprawowaniu władzy. Zdaniem Webera osobę polityka powinna cechować gorliwość w służbie określonej sprawie, poczucie odpowiedzialności za państwo i wreszcie wyczucie podczas podejmowania decyzji. Wtedy dla prawdziwych mężów stanu polityka będzie zarówno zawodem, jak i powołaniem. A w działalności publicznej będą się kierować nie tylko wiarą w sprawę, wiarą w idee, ale także będą postępować zgodnie z zasadami moralnymi. Władza bowiem to ryzyko i odpowiedzialność, ale wiele osób ją sprawujących dowiaduje się o tym wtedy, gdy przestaje ją wykonywać. Dysponując władzą możemy czynić dobro lub zło. Zależy to od wyznawanych przez nas wartości. Jeśli jest to szacunek dla innych ludzi będzie ona najprawdopodobniej dobrze spożytkowana, jeżeli zaś motywem działania będzie chęć odwetu, w dodatku w rękach człowieka nieodpowiedzialnego, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostanie użyta w niecnym celu. Dlatego ważną kwestią wydaje się zakreślenie granic, których nie należy przekraczać.
Realizm polityczny zdaje się brać górę w dzisiejszej polityce. Ale nie jest to jednak ten modelowy, autorstwa Machiavellego. Jest to realizm zawierający w sobie mimo wszystko pierwiastki idealistyczne. Ponadto trudno jest ocenić, co jest realne dziś a co będzie w przyszłości. Dzieje się tak dlatego, że elementy które uznajemy w danym momencie za marzycielskie, nierealne, okazują się z upływem lat jakże realistyczne ze względu na rozwój społeczny i postęp techniczny.
Pożądana jest w polityce swoista fuzja realizmu z idealizmem. Twórcze połączenie twardego stąpania po ziemi z idealistycznymi celami. Tak rozumiany realizm to sprzeciw wobec roszczeniom rozumu ludzkiego, zdolnego wedle własnych miar porządkować rzeczywistość, wyprzedzającego istniejący porządek i odrzucającego sprawdzone przez czas instytucje, autorytety, normy etyczne i prawne. Mając to na uwadze rządzący są w stanie formułować programy dostosowane do aktualnej sytuacji społeczno-politycznej i bieżących potrzeb obywateli, a ich programy w mniejszym stopniu podporządkowane są abstrakcyjnym celom ideologicznym.
Wraca w tym momencie konieczność odpowiedzi na postawione we wstępie pytanie - czy można być zarazem realistą i utopistą? Realistą w działaniu i romantykiem w myśleniu? Odpowiadam na to pytanie twierdząco. Wydaje mi się, że połączenie obu modeli może dać doskonałe rezultaty. W pełni tych dwóch kategorii rozdzielić nie można jeśli założymy, że myśl i działalność ludzka mają prowadzić do rzeczywistej poprawy bytu jednostki. Można także w ten sposób uniknąć losu naiwnych moralnych idealistów, którzy zmuszeni do racjonalnych kalkulacji szybko stają się oportunistami. Czy nie jest tak, że Piłsudski, będąc romantykiem realistycznie odczytał idealistyczne skłonności Polaków? Jest bowiem coś w narodzie polskim, a co często podkreśla mój mistrz profesor Waldemar Łazuga, że bez upoetycznienia czynu, bez mobilizacji emocji i ciągłych odwołań do literatury trudno jest u nas cokolwiek zrobić. Stąd może sukces Piłsudskiego a przegrana Dmowskiego albo Wielopolskiego, którego realizm, trzymanie się za wszelką cenę gruntu czyniło z margrabiego postać jakże odrębną w epoce charakteryzującej się romantycznymi porywami. To mierzenie zamiarów na siły sprawiały, że margrabia był odwrotnością charakteru polskiego, jaki się wyrobił przez cały ciąg dziejów.
Podsumowując. Utopizm sam w sobie, podobnie jak realizm polityczny, bez odniesień do zasad etycznych, zwłaszcza w państwie demokratycznym, może się okazać groźny zarówno dla społeczeństwa jak i rządzących, bowiem od aktualnie uznanych wartości podzielanych przez społeczeństwo jak i elity polityczne zależy trwałość i skuteczność władzy. Ponadto moralność interweniuje zasadnie tam, gdzie pogwałcone zostały reguły państwa prawa, stanowiąc zaporę przed arbitralnością władzy. Pozostaje nam tylko wierzyć, że człowiek pozostanie nadal istotą racjonalną i moralną zarazem.

piątek, 31 lipca 2009

JAN BOBRZYŃSKI JAKO PUBLICYSTA I WYDAWCA

Jan Bobrzyński – polityk, publicysta, ale przede wszystkim wielki patriota, który swoimi zapatrywaniami wyprzedzał ludzi swojej epoki i swego środowiska. Wizjoner przewidujący zbliżający się nieuchronnie upadek. Chciał ratować swój kraj, ale zawsze jego najszlachetniejsze zamiary napotykały na przeszkody nie do przejścia w postaci najpospolitszego materializmu egoistycznych jednostek, dążących do zrealizowania osobistych celów. Pisał w swoim pamiętniku, że chyba ciąży nad nim jakieś przekleństwo, obracające za każdym razem w niwecz jego dojrzewające już działania. Kończąc życie doszedł do wniosku, że 25-letni okres pracy, który poświęcił ojczyźnie został stracony […] w skutek zwodniczej, jak senna ułuda, niesolidności charakteru wyższej inteligencji naszego społeczeństwa.
Jan Bobrzyński bardziej niż politykiem był publicystą, który starał się wywrzeć wpływ na ewolucje myśli politycznej, nie tylko konserwatywnej, ale i całego społeczeństwa. Chciał być nauczycielem narodu. Jednak jego program nie przystawał do realiów czasów w których żył. Dla niego najważniejsza była wolność polityczna i gospodarcza jednostki. Ta z kolei nader często kłóci się jednak z zasadą, że liczy się przede wszystkim zdanie większości.
Ojcem Jana Bobrzyńskiego był Michał Bobrzyński, wybitny historyk, jeden z twórców krakowskiej szkoły historycznej. Polityk konserwatywny, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, który pełnił między innymi funkcje cesarsko-królewskiego namiestnika Galicji. Spod jego pióra wyszła głośna książka „Dzieje Polski w zarysie”. Matką zaś była córka znanego przemysłowca Hipolita Cegielskiego - Zofia.
Jan Bobrzyński po ukończeniu szkoły średniej rozpoczął studia filologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie kończąc ich, wyjechał na wyższe studia chemiczne do Karlsruhe, gdzie w 1910 roku uzyskał doktorat z chemii. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości powrócił do Warszawy by włączyć się w odbudowę gospodarki odrodzonego państwa. Najpierw dostał posadę w Ministerstwie Przemysłu i Handlu. Pracując tam Jan Bobrzyński wydał kilka broszur, w których wskazywał możliwość powstania nowej gałęzi przemysłu chemicznego, polegającej na ratyfikacji węgla. Wydał także rozprawę zatytułowaną „Monopole w Polsce”, włączając się w ten sposób w dyskusję (w tym czasie w sejmie podejmowano decyzje o zakresie wprowadzenia monopoli w nowo powstałym państwie), w której opowiedział się za jak najsilniejszym zagwarantowaniem rozwoju przedsiębiorczości prywatnej, z maksymalnie ograniczoną ingerencją i działalnością gospodarczą państwa.
Nie ograniczał się tylko do teorii. Po odejściu z Ministerstwa był jednym z założycieli Towarzystwa Przemysłu Węglowego, którego celem było wybudowanie fabryki przetwarzającej węgiel górnośląski. Towarzystwo jednak w niedługim czasie zbankrutowało, a Jana Bobrzyńskiego, który ulokował w nim całe oszczędności, spotkało srogie rozczarowanie.
To niepowodzenie nie załamało go na długo. Zaczął szukać innego zajęcia. Postanowił wrócić do pisania. Nawiązał kontakty z całym szeregiem redakcji, rozpoczynając długoletnią działalność publicystyczną, którą prowadził aż do wybuchu wojny. Jego artykuły ukazywały się w katowickiej „Polonii”, „Dzienniku Poznańskim”, dorywczo pisał w „Czasie”, „Kurierze Polskim”, a później także w „Ilustrowanym Kurierze Krakowskim”. Jednak najmocniej był związany z konserwatywnym dziennikiem „Dzień Polski”, którego przez krótki czas był redaktorem naczelnym. To właśnie na łamach tego pisma powstała seria przygodnie pisanych artykułów, które jak twierdził sam autor […] bez specjalnej premedytacji układały się w pewną ideologię gospodarczą i polityczną. Zawarta w nich została historia dwuletniej walki idei zachowawczej o prawo obywatelstwa na arenie politycznej. Odzwierciedlając zarazem przemiany, jakie przechodziła ta idea w ciągu lat pod wpływem różnych zewnętrznych impulsów, jak i wewnętrznego doskonalenia, dostosowując się stopniowo do prądów i potrzeb czasu w Polsce i na świecie. Uwieńczeniem jego wysiłków na tym polu było wydanie zebranych artykułów w postaci książki pt: „Na drodze walki” w 1928 r.
Współpraca z „Dniem Polskim” zbliżyła go do polityki. Jan Bobrzyński już przed zamachem majowym współpracował z konserwatystami. Jego artykuły w „Dniu Polskim”, początkowo poświęcone życiu gospodarczemu, coraz częściej zaczęły dotyczyć spraw politycznych. Zwłaszcza te, ukazujące się w 1925 i na początku 1926 roku. Stanowiły one preludium dla wydarzeń majowych. Pisał w nich o tragicznej sytuacji gospodarczej, ale przede wszystkim koncentrował się na sytuacji wewnętrzno-politycznej, przepowiadając zwycięstwo bolszewizmu.
Dostrzegał, że polska myśl państwowa, wraz z nią stosunki polityczne, społeczne, a zwłaszcza gospodarcze ulegają zatraceniu w demagogii haseł, powodując ustawiczne wstrząsy, wprowadzając etatyzm, biurokrację, nadmierny fiskalizm i niszcząc w ten sposób możliwość gospodarczego i kulturalnego rozwoju wszystkich warstw [...] piorunująca demagogia ingerując wszędzie i we wszystko hamowała i niszczyła raz po raz istotny pochód wszystkich warstw ku górze, płodziła więc tylko zamieszanie, niepotrzebną zawiść i walkę klasową i kruszyła ustawicznie osiągnięte już realne zdobycze prawdziwego postępu.
Bobrzyński uważał, że aby ten stan rzeczy zmienić należy zerwać z ustrojem parlamentarnym, który utrzymuje panowanie ekonomiczne w rękach kapitału tylko dzięki „demokratycznej frazeologii stronnictw burżuazyjnych”. Jego zdaniem należało dążyć do takiej formy rządów, która nie bacząc na małą liczebność partii konserwatywnej wprowadziłaby ją jako realną siłę na arenę życia politycznego. Stąd może spoglądanie z zazdrością - nie tylko przez Bobrzyńskiego - na Włochy Mussoliniego. Wprawdzie dość krótko fascynował się sukcesami faszystowskiego państwa, niemniej jednak dostrzegał pozytywne przejawy polityki dyktatora Włoch, pomijając całkowicie skutki, jakie wiązały się z wprowadzeniem państwa totalitarnego.
Z upływem czasu w retoryce wypowiedzi redaktora „Dnia Polskiego” rosła na sile agresywność i zniecierpliwienie. Wydawało się, że pozostawała tylko jedna droga, którą należało kroczyć, pozostawała kwestia, kto po niej przeprowadzi naród. W momencie wybuchu przewrotu majowego Jan Bobrzyński przebywał w Austrii ale można jednak przypuszczać, że bliżej mu w tych dniach było do Mackiewicza niż do własnego ojca Michała Bobrzyńskiego. Dla Jana Bobrzyńskiego zamach majowy był „rewolucją” skierowaną przeciw zbyt słabemu państwu. Tak więc akceptował zamach jako początek nowego etapu w dziejach Polski. Wierzył, że sanacja przywróci w kraju porządek i ład.
Po przewrocie majowym zaangażował się w pracę Stronnictwa Prawicy Narodowej, budując struktury organizacyjne ugrupowania w Warszawie i innych miastach Polski. Ukoronowaniem jego działań było powołanie go na Sekretarza Generalnego SPN 5 grudnia 1926 roku, na którego czele stanął Janusz Radziwiłł.
Po początkowym, dość burzliwym okresie rozwoju organizacji Stronnictwo Prawicy Narodowej, wkrótce ujawniły się problemy związane z powstaniem Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Nastąpiły rozbieżności wewnątrz obozu konserwatywnego co do taktyki działania, jak i miejsca w obozie sanacyjnym. J. Bobrzyński od samego początku widział tylko jedną drogę, którą należało kroczyć, dając temu wyraz w publikacjach w „Dniu Polskim”. Głosił, że pod względem programowym konserwatyści powinni przystąpić do współpracy z rządem z tym że przede wszystkim powinni robić swoje, stając się jednocześnie języczkiem uwagi dla rządu. Pod względem taktyki organizacyjnej uważał natomiast, że należy rozwijać Prawicę Narodową, jako jedyną prawdziwą szkołę konserwatyzmu, z wyrobionym programem i tradycją, jednocześnie skupiając wokół niej coraz szersze sfery spośród wszelkich warstw społecznych, a zwłaszcza wszelkie organizacje. Ponadto zwracał uwagę na fakt, że nasilanie kontaktów z innymi ugrupowaniami zachowawczymi powinno prowadzić do stopniowej ich integracji w jeden wielki obóz konserwatywny na kształt angielski. Podkreślał także jak ważne jest, aby proces ten nie przebiegał nagle i nie został przeprowadzony w sposób sztuczny, co mogłoby spowodować rozrzedzenie i osłabienie konserwatyzmu. Będąc przez krótki okres redaktorem naczelnym „Dnia Polskiego” starał się nadać mu własną linię polityczną właśnie według w/w wskazań. Jan Bobrzyński krytycznie odnoszący się do taktyki konserwatystów, podporządkowania się polityce BBWR, ogłosił artykuł „Spirytyści”, który był skierowany przeciw niektórym prominentnym działaczom konserwatywnym. Zarzucał w wyżej wspomnianym artykule „wszystkim” siłom twórczym bezczynność wobec wyzwań stojących przed państwem. Jego zdaniem, oczekują one cudu od rządu i całe swe zadanie widzą li tylko w życzliwej neutralności lub całkowitym oddaniu. Według niego, przysługę oddaje się sprawie nie życzliwym ustosunkowaniem ale czynem.
Postępujące zbliżanie się konserwatystów do obozu piłsudczykowskiego, a następnie utworzenie Zjednoczenia Zachowawczych Organizacji skłoniło Bobrzyńskiego do podjęcia próby usamodzielnienia się. W kwietniu 1930 roku ukazał się pierwszy numer miesięcznika „Nasza Przyszłość” noszącego podtytuł: „Wolna Trybuna Zachowawczej Myśli Państwowej”. Pomysł pisma nie był jego. Zaproponował mu go sam Radziwiłł, który wyobrażał je sobie w formie miesięcznika naukowo-literackiego z odcieniem konserwatywnym. Bobrzyński podjął się realizacji tego pomysłu, tylko cel pisma postawił inny niż życzył sobie pomysłodawca. Po latach pisał, że przewidując koniec SPN zabezpieczył się angażując się w „Naszą Przyszłość”, która dała mu oparcie i pole działania, dzięki której mógł rozwinąć skrzydła. Pismo od samego początku było jego „oczkiem w głowie”. On je redagował i pisał większość artykułów, także pod pseudonimem „Stańczyk”. Wydaje się równie prawdopodobne przypuszczenie W. Micha, że większość tekstów sygnowanych podpisem „Redakcja” było jego autorstwa.
„Nasza Przyszłość” miała się stać wyrazem ideologii zachowawczej w różnych dziedzinach, [...] tak aby rząd i opinia publiczna dowiedziały się, czego konserwatyści chcą w dziedzinie ustroju państwa, polityki wewnętrznej i zagranicznej, zagadnień gospodarczych i społecznych i jak to zadanie pragną wykonać. Miesięcznik propagował tezy programowe, które miały być zarazem impulsem do czynnej akcji w konkretnych dziedzinach działalności państwa. Pierwszy numer ukazał się nakładem SPN, następne wydał Bobrzyński już za własne pieniądze, gdyż koncepcja pisma wywołała ostrą dyskusję wewnątrz stronnictwa. Wprawdzie założenia miesięcznika nie były sprzeczne z postulatami wysuwanymi w innych pismach zachowawczych, ale mimo to stronnictwo wycofało się z finansowania tego tytułu. Jesienią 1930 roku zostało powołane Koło Przyjaciół „Naszej Przyszłości”. Powołanie Związku oznaczało powstanie nowej organizacji politycznej niezależnej od konserwatystów i będącej odpowiedzią J. Bobrzyńskiego na zjednoczenie ruchu konserwatywnego. Po zerwaniu z obozem konserwatywnym, pojawiają się w publicystyce Bobrzyńskiego akcenty wyraźnie pro piłsudczykowskie. Zrezygnował z posługiwania się terminem „konserwatyzm”, zastępując je słowem „myśl państwowa”. Jego zdaniem piłsudczycy zasłużyli bardziej na legitymacje do rządzenia państwem niż konserwatyści, bowiem jako jedyne ugrupowanie niepodległościowe potrafiło nawiązać do tradycji „Naprawy Rzeczypospolitej”.
Ewolucję poglądów Bobrzyńskiego można tłumaczyć jego przeświadczeniem o sprzeniewierzeniu się przez konserwatystów ich własnej filozofii politycznej. Skoro konserwatyści nie zasługiwali już na to miano, a pułkownicy nauczyli się myśleć kategoriami państwowymi, to w istocie im przysługuje miano „prawdziwych konserwatystów”.
Dlatego też w marcu 1934 roku zmienił podtytuł pisma na „Trybuna polskiej myśli państwowej” i zrezygnował z propagowania idei zachowawczych. Było to wynikiem zmian w obozie konserwatywnym, stworzenia jednej organizacji, do której J. Bobrzyński już nie wstąpił.
Na łamach „Naszej Przyszłości” początkowo ukazywały się różne artykuły, jednak najwięcej miejsca redaktor naczelny poświęcał rozważaniom na temat konserwatyzmu. Była to głównie krytyka polityków zachowawczych za bezkrytyczną współpracę z rządem, której nie towarzyszyła żadna akcja propagandowa, mająca na celu wzmocnienie ideologii obozu zachowawczego. Jan Bobrzyński przez cały okres działalności politycznej stał na stanowisku, że konserwatyzm powinien rozwijać się w Polsce w całkowitej niezależności od obozu piłsudczykowskiego i powinien szukać własnych dróg wyjścia z marazmu organizacyjnego i programowego
Konserwatyzm Jana Bobrzyńskiego, ale nie tylko jego, także innych neokonserwatystów choćby tych skupionych wokół „Buntu Młodych” a późniejszej „Polityki”, był mniej doktryną a bardziej stylem uprawiania polityki. Szczególnie to widać w zakresie ich politycznych i społecznych zainteresowań. Byli oni świadomymi konserwatystami, a nie instynktownymi zachowawcami. Ich podejście nie było ideologiczne, motywowane popularnością, lecz charakteryzowało się długofalowością i miało na względzie realny poziom świadomości politycznej społeczeństwa. Konserwatyzm przedwojenny służył im za wzór, jeśli nie pod względem merytorycznym, to na pewno pod względem dyscypliny wewnętrznej oraz realnej, usilnej pracy umysłowej. Ich celem było wypracowanie wielkiego programu politycznego i przekonanie do niego opinii publicznej.
„Nasza Przyszłość” pod kierownictwem J. Bobrzyńskiego podjęła kilka samodzielnych inicjatyw, m.in. nawiązano kontakty z ukraińskimi kręgami prawicowo-konserwatywnymi. Jednakże dość szybko nastąpiła specjalizacja wokół zagadnień stosunków bilateralnych Polski z Niemcami, Czechosłowacją, Litwą i spraw polsko-ukraińskich. Wraz ze wzrostem ilości sympatyków pisma, pojawił się pomysł zorganizowania koła popierającego cele „Naszej Przyszłości”. Jan Bobrzyński sam opracował program jego działania. Wysunął w nim kolejno różne aktualne i podstawowe zagadnienia - od gospodarczych i ustrojowych począwszy, a na mniejszościowych i zagranicznych skończywszy. Dał tym samym inicjatywę do tworzenia sekcji, z których każda, najpierw w formie gruntownej dyskusji i na łamach miesięcznika w seriach artykułów prezentowała założenia teoretyczne zagadnienia, które następnie miały być wcielane w życie obmyślonym sposobem. Głównymi celami stawianymi sobie przez Związek Przyjaciół Polskiej Myśli Państwowej było […] naukowe opracowanie i propagowanie tez polskiej racji stanu, pracę nad wzmocnieniem moralnych walorów społeczeństwa przez podnoszenie ducha religijnego, pracę naukową w zakresie doskonalenia ustroju społecznego i gospodarczego i analizy polityki zagranicznej.
Dużo miejsca na łamach „Naszej przyszłości” J. Bobrzyński poświęcał sprawie stosunków polsko-ukraińskich. Uważał, że należy podjąć planową akcję i wytrwale ją kontynuować - głównym celem miało być pogodzenie obu narodów, co uważał za zadanie bardzo trudne, lecz możliwe.
Inną sprawą, której w latach trzydziestych Bobrzyński poświęcił wiele wysiłku i działań był projekt bloku państw środkowo-wschodniej Europy, tj. ścisłego sojuszu militarnego i gospodarczego Polski, Węgier, Litwy, Łotwy, Estonii, Rumunii, Jugosławii i Czechosłowacji, a więc państw położonych w trójkącie niebezpieczeństwa, między Bałtykiem, Adriatykiem a Morzem Czarnym, w celu stworzenia organizmu, który byłby na tyle silny, aby przeciwstawić się naciskowi Niemiec i Związku Radzieckiego. Zwracał jednocześnie uwagę, że państwom tym więcej grozi, niż z ich antagonizmów wynika. Osią, która skupiałaby ten zespół państw byłaby tzw. „żelazna belka” Warszawa - Budapeszt, jako naturalna konsekwencja historycznej przyjaźni polsko-węgierskiej.
W „Naszej Przyszłości” Jan Bobrzyński bardzo wiele miejsca poświęcał kwestiom ustrojowym. Problem uzdrowienia państwa żywo obchodził go przed 1926 rokiem. Ale dopiero na łamach „Naszej Przyszłości” publikował konkretne rozwiązania ustrojowe, które miały się stać lekarstwem na niedomagania ustrojowe państwa polskiego. Według J. Bobrzyńskiego chaos w Polsce wynika z pomieszania pojęć demokracji i gospodarki. Jego zdaniem egzystencja państwa zależy od zdrowych i racjonalnych zasad gospodarczych gwarantujących obywatelom trwałe źródła zarobku. Tymczasem ideologia demokratyczna swoimi ustawami i górnolotnymi frazesami głosi utopie socjalne twierdząc, [...] że im kto bardziej goły, tym bardziej szczęśliwy. Krytykowanie przez J. Bobrzyńskiego takich cech demokracji jak rewolucjonizm, kwestionowanie autorytetów czy rządy tłumu może świadczyć o tym, że odrzucał on rozumienie demokracji jako metody, która miałaby służyć do określenia porządku społecznego czy to pod kątem ideologii czy rzeczywistości. J. Bobrzyński widział w ustroju demokratycznym konkretną społeczno-ekonomiczną treść. Odrzucając formalne pojęcie demokracji jako równości wobec prawa i warunków zdobycia władzy uważał, że przystawanie konserwatystów na tak rozumianą demokrację świadczy o ich bezideowym oportunizmie.
Należy podkreślić, że na początku lat trzydziestych kwestie ustrojowe były sprawą palącą. Narastający kryzys państwa i przeciągające się prace nad nową konstytucją skłoniły J. Bobrzyńskiego do opublikowania na łamach „Naszej Przyszłości” głównych postulatów i tez, bez których spełnienia nowa konstytucja nie miała jego zdaniem większego sensu. Tam też powstał jej projekt, który był reklamowany jako projekt zachowawczy. Został on przygotowany przez Koło Przyjaciół Naszej Przyszłości i zawierał postulaty typowe dla konserwatystów. Konstytucja wedle tych postulatów powinna być ponadpartyjna i ponadklasowa. Musi liczyć się nie z dotychczasowym ustawodawstwem, prawem zwyczajowym czy innymi tego rodzaju kaprysami społeczeństwa, ale głównie z poczuciem sprawiedliwości i realnym interesem państwa. J. Bobrzyński zwracał także uwagę na konieczność dopasowania konstytucji do specyficznych warunków naszego kraju. Dlatego jego zdaniem nie ma sensu naśladowanie podstaw ustrojowych innych państw zachodnich. Ponadto konstytucja, która powstanie [...] powinna jasno i wyraźnie w całej pełni i w sposób absolutnie zdecydowany formułować normy ustroju i życia państwowego. Za podstawowy postulat skuteczności reformy uważał konieczność aprobaty prezydenta dla uprawomocnienia się ustaw. Była to pierwsza z trzech zasadniczych części reformy ustrojowej. Pozostałe to całkowite zrównanie sejmu i senatu oraz zmiana ordynacji wyborczej w kierunku głosowania na jednostki, a nie na listy, przy odmiennym sposobie konstytuowania senatu. Zmiany ustrojowe postulowane przez J. Bobrzyńskiego podobnie jak w kolejnych proponowanych przez niego rozwiązaniach oscylowały wokół korporacjonizmu lub solidaryzmu społecznego, a celem ich było wzmocnienie władzy wykonawczej poprzez rozszerzenie kompetencji głowy państwa.
W latach 1938‑1939 ukazały się na łamach „Naszej Przyszłości” trzy niewiele różniące się między sobą wersje Uproszczonego ustroju Państwa Polskiego. Tytułowe uproszczenie miało polegać na ograniczeniu do minimum naczelnych organów administracji państwowej przez redukcję ministerstw i skumulowaniu w każdym z nich odpowiednich podsekretariatów stanu dla poszczególnych działów.
Projekt Uproszczonego ustroju Państwa Polskiego przewidywał 16 norm ustrojowych, stanowiących zwartą całość zdolną nadać nowej konstytucji wyraźny i zdecydowany charakter. Jan Bobrzyński chciał w tych normach zebrać i uporządkować według zasad obiektywizmu i umiaru te wszystkie najważniejsze zagadnienia społeczne i gospodarcze, które stanowiły dotąd przedmiot najzacieklejszych walk partyjnych i klasowych, takich jak: wolność osobista, prawo własności, religia, rodzina, praca oraz cele życia gospodarczego, czyli kwestie kapitału i zarobku. Z założenia projekt ten odrzucał z jednej strony absolutną ideę demokracji, z drugiej zaś wykluczał wszelkie ustroje niewoli społecznej czy państwowej jako zrodzone ostatecznie z doktryny socjalistycznej.
Należy podkreślić, że przez cały okres pracy publicystycznej Jan Bobrzyński kładł szczególny nacisk na stworzenie społeczeństwa będącego podstawą silnego państwa. Zabezpieczenia egzystencji niepodległej Polski i jej mocarstwowej pozycji upatrywał Bobrzyński w zmianie nastawienia ducha społeczeństwa z defensywnego na ofensywny i to na każdym polu. Przy czym, mówiąc o „duchu ofensywy”, nie miał na myśli agresywności zbrojnej, ale zdecydowaną prężność w wiedzy naukowej, finansach i temu podobnych dziedzinach. Chciał stworzyć nowy typ Polaka, który zdusi w sobie kompleksy wyłącznej obrony, który potrafił będzie się zorganizować i posiądzie sztukę konsekwentnego rozwiązywania wszelkich zadań politycznych i gospodarczych na dłuższą metę.
Kończąc. Jego dorobek nie został doceniony przez współczesnych badaczy myśli politycznej, podkreślających wtórność jego myśli politycznej wobec postaw stańczyków. Nie do końca jest to usprawiedliwiona ocena. Bo jak podkreślał Jacek Bartyzel oryginalność Bobrzyńskiego na tle polskiego konserwatyzmu wolno upatrywać w tym, że o ile dominował w Polsce wyraźnie konserwatyzm organicystyczny i tradycjonalistyczny o silnym zabarwieniu antykapitalistycznym, o tyle samotnie reprezentował on indywidualistyczno-liberalną odmianę myśli zachowawczej. W odróżnieniu od swego arystokratyczno-intelektualnego otoczenia cenił cnoty mieszczańskie: pracowitość, przedsiębiorczość, zdolność do ponoszenia ryzyka. Bobrzyński był więc bez wątpienia prekursorem nowoczesnego konserwatyzmu w Polsce.
Jan Bobrzyński pozostawał na marginesie życia politycznego II Rzeczypospolitej. Jest on jednak doskonałym przykładem dostosowywania się konserwatysty do życia w nie konserwatywnym świecie. Jego pomysły na „urządzenie” Polski były nad wyraz ekscentryczne jak na tamte czasy, stąd był postrzegany jako fantasta, głoszący poglądy nie przystające do rzeczywistości. Czytając jego pisma odniosłem wrażenie, że był uważnym obserwatorem, potrafiącym jasno i dosadnie wyrazić swoje poglądy. Godny pozazdroszczenia jest jego sposób argumentacji. Jednak jego ogromna wrażliwość i brak skłonności do kompromisu sprawiły, że nie przebił się w życiu politycznym Drugiej Rzeczypospolitej, zdominowanej w większości przez interes grupowy poszczególnych partii politycznych
Jan Bobrzyński, mimo że obficie czerpał z dorobku stańczyków, nie chciał sprowadzać konserwatyzmu do ewolucjonizmu, czy mówiąc inaczej, metody umiarkowania. Był przekonany, że ograniczenie się zachowawców do roli hamulca pozbawia ich inicjatywy, która jest najważniejsza w każdym programie politycznym, gdyż daje możliwość kształtowania rzeczywistości. Dążył do stworzenia programu pozytywnego, w którym jasno określał cele i wskazywał na konieczność przejęcia inicjatywy politycznej. Taka postawa zaprowadziła go do wyrzeczenia się miana konserwatysty, przyjęcia innych określeń, wskazujących na pozytywny cel: mocarstwowość, obiektywizm gospodarczy, monarchizm. Akceptując część dorobku konserwatywnego negował jego metodę, narażając się tym samym na oskarżenia o zdradę ideałów. Była to jego zdaniem droga właściwsza od odrzucenia nowych wartości i starania się przywrócenia starego porządku przy pomocy rewolucyjnych metod. Uniknął tym samym brania na siebie ciężaru oskarżeń o arbitralność i utopijność swoich koncepcji. Jan Bobrzyński starał się za wszelką cenę odnaleźć swoje miejsce w historii, chcąc dorównać ojcu. Bywał skrajny w swych poglądach, ale miał kilka oryginalnych koncepcji, być może dlatego okrzyknięty został marzycielem, fantastą i doktrynerem. Zdawał sobie sprawę, że tylko wytrwałą pracą może doprowadzić swoje dzieło do skutku. I być może dlatego jego ulubionym mottem było: Bądź tą przegraną, której cel daleki, a która w końcu wygrywa na wieki.

środa, 4 marca 2009

ZAPRASZAM DO RECENZOWANIA MOJEJ KSIĄŻKI



Książka jest próbą syntetycznego ujęcia koncepcji politycznych polskich konserwatystów od powstania tej myśli aż po lata trzydzieste XX wieku. Autor starał się w niej obalić tezę, jakoby konserwatyści byli bezkrytycznymi zwolennikami silnej władzy państwowej, a także pokazać wewnętrzne zróżnicowanie XIX-wiecznego konserwatyzmu. Książka z założenia nie relacjonuje obszernie wydarzeń, w których uczestniczyli konserwatyści. Jest raczej spojrzeniem z pozycji badacza, zainteresowanego odkrywaniem wartości i tradycji, do których odwoływali się polscy zachowawcy; jest próbą prześledzenia rozmaitych argumentów i odpowiedzi na kluczowe kwestie dotyczące narodu i państwa.

sobota, 21 lutego 2009

COŚ Z INNEJ BECZKI !!!

ŚWIŃSKIE SZCZĘŚCIE

Bywa i tak, że ludzie upadają na głowę. Jest to doświadczenie niezbyt przyjemne, ale jeśli patrzy się na nie z boku, może ono wywołać uśmiech na twarzy nie jednego obserwatora. A było to tak.
W niewielkiej popegerowskiej wiosce, do której z trudem można dojechać, żyją ludzie, którzy zostali na uboczu przemian ustrojowych. Odcięci od świata, pędzili swój nędzny żywot. Należy w tym miejscu wspomnieć, że około 80% mieszkańców znajdowało się na zasiłku, albo już straciło prawo do tych świadczeń. Edukacja dzieci kończyła się, jak dobrze poszło na szkole podstawowej, a jedyną rozrywką były burdy miejscowych pijaczków pod sklepem. Pewnego razu jak grom z jasnego nieba, rozeszła się wiadomość we wsi, że Huta Katowice zamierza otworzyć „u nich” (czyli z tego co nie ukradziono jeszcze z byłego PGR-u - świniarnię. Perspektywa piękna, nowe miejsca pracy, już widziano renesans zapadłej dziury.
Jak zawsze początki były obiecujące. Polepszyło się, widać to było po liczbie pijanych mieszkańców. Szkoda tylko, że odrodzenie – zapadłej dziury - nie wywołało zmian w sposobie myślenia tych ludzi. Nadal tkwiło w nich przekonanie, że wszystko jest wspólne, więc po co o nie dbać, a to co mi brakuje, to sobie wezmę, bo mi się należy. Zarząd huty przewidział niemal wszystko, tylko nie to, że ludzie nie potrafią pracować. Interes od samego początku był nierentowny, ale wierzono, iż może się uda. Wiadomo, że nadzieją żyją głupcy, wiec końca tej historyjki wszyscy się domyślają – niesłusznie, gdyż kończy się ona happy endem.
Zgodnie z prawami rynku, a w końcu żyjemy w kraju bezwzględnego kapitalizmu, świniarnie takie nie mają racji bytu. Stopniowo zwalniano pracowników, likwidowano produkcje, aż do dnia kiedy postanowiono całkowicie skończyć z tym świński interesem. Zgodnie z obowiązującym prawem przyznano zwalnianym pracownikom odprawę w wysokości 10tyś. zł. Suma może niewielka dla „miastowego”, ale niebagatelna dla mieszkańca zapadłej dziury, który nie mając szyb w oknach zatyka je starymi szmatami. Ludzie ci wręcz poszaleli, upadli na głowę. Nie mając w co ubrać dzieci, pierwszą rzeczą jaką uczynili po odebraniu pieniędzy, to pojechali do miasta i pokupowali samochody, niektórzy nawet po dwa – w tym miejscu należy zaznaczyć, że rzadko który z owych szczęśliwców posiadał uprawnienia do prowadzenia pojazdu. W dodatku zakupy robili na chybił trafił w pierwszym napotkany komisie, nie przywiązując uwagi do obowiązujących formalności. A co najśmieszniejsze, że jeden z nich kupił dużego fiat zamiast malucha, bo akurat nie było, a ten nie zmieścił mu się do garażu. Postronni obserwatorzy nie dowierzali. Cała wieś na nowo żyje. Pijanych co niemiara. W sklepie ruch. Nie pije się już Arizony, ale wódeczkę Bols.
Ludzie ci byli pijani, ale ze szczęścia, gdyż tkwiło w nich przekonanie, że nic lepszego ich w życiu nie spotka. Chcieli się tymi chwilami upajać, jednocześnie żyjąc w strachu, że to wszystko to sen z którego ktoś ich obudzi. Przypuszczam, że dla większości, szczęście tych ludzi nie ma logicznego wytłumaczenia. Być może, ktoś kto znalazłby się na ich miejscu – upadłby na głowę, nie chciałby się z tego stanu wydostać (szczęście działa jak narkotyk), gdyż zrozumiałby, że jest to, to samo szczęście, które my sami doświadczamy. Nie ma czegoś takiego jak odmiany szczęścia. Jest ono jedno, niepowtarzalne, które pragnie każdy normalny człowiek. W tym miejscu narażam się na krytykę wielu, uważających, że to co ja nazywam szczęściem jest tylko upojeniem alkoholowym niezbyt rozgarniętego człowieka, któremu się tylko wydaje, że to jest właśnie to. Czyli według takiego rozumowania ci ludzie nie mogą zaznać prawdziwego szczęścia bo do tego muszą być spełnione określone warunki; między innymi: dobra praca, piękna żona, dom z basenem w ogrodzie i dwa mądre psy, tylko czekać na nasze szczęście i to niekoniecznie musi ono zapukać do naszych drzwi. Wpajanie ludziom takiego rozumowania ma swoje dalekosiężne konsekwencje. Nasz obserwator, u którego na początku pojawił się uśmiech na twarzy żyje „lepszym” życiem, ale nieprawdziwym, gdyż do niego szczęście nie zapukało. On pragnie czegoś wznioślejszego, głębszego, a nie dostrzega, że to co widzi to jest właśnie to czego on szuka – świńskie szczęście.

niedziela, 1 lutego 2009

CIĄGŁOŚC I ZMIANA W POLSKIEJ POLITYCE ZAGRANICZNIEJ PO 1989 ROKU

Do napisania tego tekstu w dużym stopniu skłonił mnie post zamieszczony na blogu Zakładu Myśli i Kultury Politycznej - „Sojusznicy w ramach UE”

Politykę zagraniczną można analizować na różne sposoby. Takie analizy mogą wymagać konieczności opisania kompetencji organów władzy państwowej, procesów decyzyjnych. Niezbędne okazuje się także uwzględnienie zachodzących zmian ustrojowych w analizowanym państwie. Nie należy zapominać jednak, że przedmiot analizy nie istnieje w próżni, dlatego należy mieć zawsze na uwadze przemiany dokonujące się w światowym systemie międzynarodowym. Ponadto należy zawsze ustalić stan wyjściowy konceptualizacji i rozróżnić cele cząstkowe polityki zagranicznej od tych strategicznych. Nie jest moim celem dokonanie pełniej analizy polskiej polityki zagranicznej po 1989 roku pod kątem wyżej wymienionych aspektów. Chciałbym jedynie zasygnalizować pewne tendencje mające miejsce w polskiej polityce zagranicznej w ostatnich kilkunastu latach.
Prowadzanie polityki zagranicznej polega na konstytucyjnie i ustawowo określonej działalności związanej z regulowaniem oddziaływań między Rzeczypospolita Polską a innymi podmiotami zagranicznymi. Kształtowanie polityki zagranicznej jest procesem zespalającym prace takich organów jak parlament, prezydent i rząd. Należy tez pamiętać, że skuteczność polityki zagranicznej jest do pewnego stopnia funkcją społecznej akceptacji, odbijającej się w publicznym wizerunku organów władzy. Dyskurs publiczny w pewnym stopniu odzwierciedla i współbuduje relacje pomiędzy podmiotami kształtującymi politykę zagraniczną w sposób bezpośredni a społeczeństwem, który ją popiera lub nie.
Warunki wyjściowe polskiej polityki zagranicznej po 1989 roku były bardzo trudne. Kraj znajdował się w głębokim kryzysie polityczno-gospodarczym. Transformacja ustrojowa zapowiadała się jako proces trudny i długotrwały. Oprócz tego animatorzy polskiej polityki zagranicznej musieli stawić czoło geopolitycznym wstrząsom, które objęły obszar środkowo-wschodniej. Wiązało się to z koniecznością wypracowania nowych podstaw stosunków dwustronnych z sąsiadami, których liczba wzrosła z 3 do 7. Pomyślne rozwiązanie trudnych spraw związanych z przeszłością, tu mam na myśli traktaty głównie z Niemcami i Rosją pozwoliło na określenie głównego kierunku polityki zagranicznej RP, a który został opatrzony mianem „powrotu do Europy”. Od tego momentu europejska polityka Polski była rozwijana konsekwentnie i wielokierunkowo. Aspiracje Polski do odgrywania aktywnej roli w kręgu cywilizacji zachodniej i do uczestniczenia w strukturach euroatlantyckich stały się możliwe dzięki integracji europejskiej. Proces ten, oparty o przestrzeganie zasad demokracji, ochronę praw człowieka oraz gospodarkę rynkową stał się dla Polski wzorem rozwoju cywilizacyjnego. Polska weszła na drogę integracji z państwami Europy Zachodniej oraz budowy opartych na nowych relacjach stosunków z sąsiadami. Po zmianie układu sił w Europie Wschodniej w 1989 roku, przystąpienie do NATO stało się głównym celem politycznym Polski. Rozszerzenie NATO na wschód oznaczało zmianę geopolitycznej pozycji Polski. Dlatego też przyjęcie do Sojuszu Północnoatlantyckiego, które nastąpiło 12 marca 1999 roku stanowi jedno z najważniejszych wydarzeń w nowoczesnej historii Polski. Polska stała się częścią sojuszniczego systemu obronnego, gwarantującego bezpieczeństwo i stwarzającego warunki stabilnego rozwoju. Obok członkostwa w NATO, Polska realizuje swoją politykę bezpieczeństwa jako członek Unii Zachodnioeuropejskiej oraz przez uczestnictwo w dialogu politycznym prowadzonym w ramach Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa Unii Europejskiej i innych organizacji międzynarodowych takich jak Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie czy Rada Europy nie wspominając o Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Ponadto po 1989 roku Polska wiele uwagi poświęciła rozwojowi stosunków bilateralnych i dobrosąsiedzkich, których podstawą stały się traktaty dwustronne. Zdaniem Władysława Bartoszewskiego w pierwszym okresie po 1989 roku zbudowanie tych pozytywnych relacji z sąsiadami należy uznać za największy sukces polskiej dyplomacji. Oprócz stosunków z Niemcami, Rosją i krajami powstałymi po rozpadzie ZSRR szczególną wartość miały dla Polski więzi ze Stanami Zjednoczonymi, ze względu na strategiczną obecność Ameryki w Europie zwłaszcza w kontekście niepewności kierunku polityki Rosji i mocarstw europejskich. Jednak wraz z emancypacją krajów unii, podkreślaniu przez nie własnej tożsamości międzynarodowej i chęci odgrywania przez nie samodzielnej roli w polityce światowej nasilają się spory między USA a UE. Zmuszało to polską politykę zagraniczną, do zajmowania stanowiska, które zważywszy na członkostwo w Unii z drugiej zaś na historycznie uwarunkowane, dość autonomiczne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, do lawirowania, aby nie zrazić sobie żadnej ze stron.
Relacje między sąsiadami stanowią ważny element przy analizie polskiej polityce zagranicznej. Dawnej autorzy podejmując się opisania polskiej polityki zagranicznej, podkreślali, że prowadzona polityka była odpowiedzią na ówczesne położenie geopolityczne Polski między Rosją a Niemcami. Obecnie ta perspektywa straciła nieco na znaczeniu. Wyraźnie widać, że stosunki z Niemcami są teraz ważniejsze od stosunków z Rosją, a to z powodów więzów Polski z NATO i UE. Ponadto uzyskanie przez Polskę członkostwa w NATO i UE sprawiło, że celem Polskiej polityki zagranicznej stało się zapobieżenie utrwaleniu podziału Europy wzdłuż wschodniej granicy Unii. Stąd aktywna polityka Polski wobec Ukrainy i Białorusi. Polska stara się wspierać tendencje modernizacyjne i proeuropejskie na Ukrainie i Białorusi, stając się niejako adwokatem tych krajów zachęcając NATO i UE do różnych form współpracy z tymi państwami. Doświadczenia naszego zaangażowania w tym obszarze pokazują, że do zapewnienia sukcesu transformacji w postsowieckiej części Europy konieczne jest włączenie się w nie UE i NATO. W przeciwnym razie polski prometeizm będzie szkodził naszym interesom. Nie można bowiem mieć złudzeń, ze samotne popieranie przez Warszawie procesów demokratycznych na Ukrainie i Białorusi będzie odbierane w Moskwie jako naruszenie jej postimperialnej strefy wpływów i będzie wywoływać nieprzyjazne Polsce reakcje. Należy zdecydowanie podkreślić, że polska polityka zagraniczna prowadzona między innymi przy wykorzystaniu członkostwa w UE i NATO jest wynikiem suwerennego wyboru i ma na celu maksymalizowanie położenia Polski w panującym światosystemie.
W wymiarze regionalnym charakterystyczna było w latach dziewiędziesiątych wyłonienie się Europy Środkowo-Wschodniej, jako geopolitycznego obszaru. Było to zarówno obiektywnym procesem, ale także rezultatem działania państw w tym zwłaszcza Polski, w interesie których leżało instytucjonalne zaznaczenie swojej odrębności. Polska była jednym z głównych inspiratorów tego procesu. Najbardziej korzystnym z tego punktu widzenia było powstanie Grupy Wyszechrackiej i Porozumienie o powołaniu Środkowoeuropejskiej Strefy Wolnego Handlu.
To co szczególnie zwraca uwagę przy analizie polskiej polityki zagranicznej zwłaszcza w latach dziewięćdziesiątych XX wieku to przywiązanie do respektowania i umacniania uniwersalnych wartości i zasad stosunków międzynarodowych. Trzeba przyznać, że Polska miała dobrych realizatorów polityki zagranicznej. Ponadto wewnętrzne polityczne turbulencje w kraju nie wpływały znacząco na cele strategiczne polityki zagranicznej. Godna podkreślenia jest także zgoda głównych sił politycznych co do kierunków polityki zagranicznej, co zapewniło jej kontynuację, ciągłość i stabilność i co bardzo ważne przewidywalność.
Od momentu wstąpienia Polski na drogę przemian, jednym z priorytetów polskiej polityki zagranicznej było uzyskanie członkostwa w Unii Europejskiej. Przystąpienie do tej organizacji oznaczało uzyskanie gwarancji dla trwałości przemian zapoczątkowanych w 1989 roku i przyśpieszenie rozwoju cywilizacyjnego. Teraz twórcy polskiej polityki zagranicznej muszą znaleźć odpowiedz na pytanie: jaką Europę chcemy budować i niezwykle ważne pytanie - jakiej – z punktu widzenia naszych narodowych interesów - Unii chcemy. Polityka zagraniczna była przez kilkanaście lat po 1989 roku przedmiotem szerokiego konsensusu w opinii publicznej i w klasie politycznej. Wspólne były zasadnicze cele: po przyjęciu do NATO, przystąpienie do Unii Europejskiej, uprzywilejowane stosunki strategiczne z USA, dobre relacje z sąsiadami, w tym szczególnie z Ukrainą. Jednak wraz z osiągnięciem podstawowych celów strategicznych (NATO i UE), skomplikowaniem się stosunków z Rosja i Niemcami owa zgoda polityczna zdaje się ulegać osłabieniu. Wstępując do UE został zrealizowany ostatni strategiczny cel, czyli przywrócenie Polsce tożsamości kraju należącego do Europy. Przyszedł czas na nowe określenie priorytetów, bowiem po wstąpieniu do UE zmuszeni jesteśmy do ponownego zdefiniowania swoich celów. Dyskusja na temat polskich oczekiwań związanych z przyszłym kształtem UE rozpoczęła się dużo przed tym, zanim staliśmy się jej pełnoprawnym członkiem, niemniej priorytety mimo upływu lat pozostają nadal te same. W dużym stopniu oddaje je raport Wspólna Europa opracowany przez kilka ośrodków pozarządowych opublikowany w 2001 roku, którego fragment pozwolę sobie zacytować: Naszym celem jest Unia Europejska stabilna i zamożna, w której stare, historycznie ukształtowane różnice rozwojowe zostały zniwelowane, a opracowane wspólnie rozwiązania zapobiegliwały by powstawaniu nowych różnic. Musi to być Unia społeczeństw, a nie tylko instytucji. Korzyści wynikające ze zjednoczenia powinny być odczuwane przez ogół mieszkańców, a nie jedynie przez wąskie grupy najzamożniejszych i najlepiej wykształconych. W takiej Unii nie może być miejsca na podziały my-oni wynikające z daty uzyskania członkostwa lub różnic w rozwoju ekonomicznym. Zapisana w Traktacie Rzymskim zasada solidarności powinna mieć prymat nad partykularnymi interesami narodowymi i grupowymi. Jesteśmy także przekonani o tym, że przy budowaniu zjednoczonej Europy nie wolno zapominać o jej wymiarze duchowym. Bez czerpania z tradycji i kultury europejskiej, z jej religijnych korzeni, wizja nowej, zjednoczonej i demokratycznej Europy, Europy dobrobytu i pokoju, praw człowieka i współpracy, byłaby niepełna.
Dokładne określenie tego długo falowego celu polityki zagranicznej zależeć będzie, czym się stanie UE. Czy pozostanie związkiem państw, czy stanie się państwem europejskim. Jeżeli państwa zdecydują się na pierwszy wariant, to Unia zacznie się przekształcać w stronę państwa unitarnego. Natomiast jeżeli Unia ma pozostać związkiem państw na poziomie konfederacji, stanie się nie znanym dotychczas formą partnerstwa strategicznego.
Nowe kierunki polskiej polityki zagranicznej w tym względzie nie został jeszcze określone, o czym może świadczyć postawa polskich przedstawicieli w debacie nad projektem konstytucji Unii Europejskiej czy na kolejnych szczytach państw Unii. Ponadto zaangażowanie polskich sił zbrojnych w wojnę w Iraku, doprowadziło do wyraźnego ochłodzenia stosunków z dotychczas najbliższymi sojusznikami Polski w Europie. Co słusznie zauważył Aleksander Smolnar po części może świadczyć o zerwaniu z jedną z zasad dotychczasowej polityki polskiej: szukania równowagi i unikania zdecydowanego wyboru w sytuacji konfliktów czy napięć między Stanami Zjednoczonymi a sojusznikami europejskimi. Polska, która przez kilkanaście lat z pełną świadomością i pewnym kunsztem unikała konfliktów, które dzieliły NATO i Unię Europejską, teraz zaangażowała się w spory dzielące obie organizacje.
Kształtując nowe cele polityki zagranicznej należy kierować się imperatywem ciągłości, ale nie traktować go jako zasady jedynej. Element zmiany bowiem również jest niezbędny ze względu na przeobrażenia wynikające z dynamiki światowego systemu. Kontynuacji wymagają działania, które mają na celu umocnienie pozycji Polski, a wprowadzać zmiany należy tam, gdzie można zrobić więcej i pójść dalej. Zdaniem Dariusza Rosatiego polityka zagraniczna powinna łączyć elementy ciągłości i zmiany, by uniknąć niebezpieczeństw: prowadzenia polityki opierającej się głównie na pamięci historycznej, czy też drugiej skrajności – zagubieniu poczucia ciągłości i skupieniu się na doraźnych korzyściach. Uniknięcie tych niebezpieczeństw wymaga właściwego odczytywania sygnałów, oceniania rzeczywistości, a także utrzymania harmonii pomiędzy interesem narodowym, a pojawiającymi się szansami i zagrożeniami. Równie ważna jest zmiana metody – powinniśmy prowadzić politykę bardziej asertywną, bez kompleksów, aktywną, twórczą, wywodzącą stanowiska z twardych realiów. Unikać skrajności. Z jednej strony nie pokładać przesadnej wiary w niemal nieograniczone możliwości wpływania przez nasz kraj na bieg spraw międzynarodowych. Druga skrajnością jest postawa bierności, przystosowanie się do tego, co dzieje się w stosunkach międzynarodowych i nie dostrzeganie realnych możliwości reagowania na wypadki na świecie. Chodzi o to, aby Polska w ramach swojej suwerenności podejmowało decyzje zgodne z interesem narodowym i interesem wspólnot międzynarodowej. Dobre stosunki z dużymi państwami nie powinno pozbawiać polską politykę zagraniczną inicjatywy. Bowiem poszukiwane konsensusu i kompromisów stało się obecnie normą życia międzynarodowego i chodzi o to aby z tej normy w pełni korzystać. Polska polityka zagraniczna stoi przed nie lada wyzwaniem. Po 1989 roku Polska podkreślała suwerenność swoich decyzji w polityce zagranicznej, co należy uznać za cenną zdobycz, która musi być chroniona i w dzisiejszych czasach. Polska osiągnęła duży sukces wziąwszy po uwagę punkt wyjścia. Nie da się ukryć, że sprzyjała Polsce ewolucja stosunków na świecie, ale ta dynamika zmian nie musi być stale korzystna. Przeobrażenia systemu światowego wymusiły na Polsce dokonanie redefinicji swojej polityki zagranicznej, proces ten obecnie trwa. Aby zakończył się on sukcesem, należy pamiętać, że niezwykle ważne jest właściwie odczytywać kierunki rozwoju otaczającej rzeczywistości. Czym szybciej polska polityka zagraniczna wypracuje całościową koncepcję na poziomie regionalnym i światowym tym szybciej stanie ona bardziej przewidywalną, co jest wartością samą w sobie w stosunkach międzynarodowych. Wypracowując tą koncepcje animatorzy polskiej polityki zagranicznej powinni mieć na względzie fakt, że w świecie współzależności, polska polityka nie powinna być budowana na założeniu wrogości ale konsensusu i kompromisu będących obecnie podstawową normą życia międzynarodowego.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

KARUZELA WYBORCZA

Karuzela wyborcza w niedługim czasie pójdzie w ruch. Kręcąc się będzie nabierać tempa. Niemal codziennie będziemy słyszeć o konwencjach wyborczych czy rozpoczęciu wyścigu przez kolejnego kandydata do prezydenckiego fotela czy miejsca w europarlamencie.
W okresie wyborów każda partia pragnąc się zareklamować używa najróżniejszych sztuczek, dalekich w prawdzie od czarodziejskich, ale nie mniej zadziwiających. „Kiełbaski wyborcze z grila” w rytmie disco polo są już przeszłością. Mityngi wyborcze polskich partii coraz bardziej przypominają widowiska masowe, na których każdy może usłyszeć i zobaczyć to co sobie tylko zażyczy. Liberał staje się na nich zdeklarowanym konserwatystą i na odwrót. Liczy się przede wszystkim elektorat, który ma skłonność głosowania na ludzi nie pracowitych, nie utalentowanych ile po prostu znanych i to niekoniecznie z tej dobrej strony. Jedyna rzecz jaka może cieszyć to coraz większa obecność kobiet w polityce, niestety zamiast podwyższać standardy jej uprawiania, coraz częściej naśladują mężczyzn, w dodatku tych byle jakich.
Liderzy partii przypomną sobie o młodzieżówkach partyjnych, które okazują się niezastąpione w akcji wyborczej, chociażby przez rozklejanie plakatów. Ale nie tylko. Zapełniają sale podczas spotkań wyborczych wysłuchując w skupieniu płomiennych przemówień kandydatów i liderów partyjnych, nagradzając gromkimi brawami niemalże każde ich słowo, mając już przed oczami siebie samych na różnych posadach w przypadku zwycięstwa ich partii.
No i sondaże wyborcze, które zaczną spędzać sen z powiek politykom, zwłaszcza tym, których decydować się będzie być albo nie być w parlamencie lub samorządzie.
Emocje po wyborach szybko opadną. Ton bojowy, na jakim będą nastrojone zarówno partie jak i obywatele, zacznie przechodzić w smętne rozczarowanie. Obywatele w wyborach mają o wiele prostsze zadanie od polityków. Powinni udać się do urn wyborczych i spełnić swój obywatelski obowiązek. Czy to uczynią? Mam nadzieje, że tak. Byle ich zachowania nie miały charakterystycznych cech, określanych mianem rytualizmu, przejawiającego się w tym, że cele i opinie społeczeństwa są dla zdobywających władzę mało istotne, a wyborom przypisuje się jedynie znaczenie symboliczne.
Plan jest dla wszystkich jasny, a wychodzi jak zawsze. Nie ukrywał, że cieszył bym się, gdybym ten jeden raz się pomyliłem!